jący-ch drogę, ezv też uznając, że są to bandyci, zdecydował się staranować .
- Hitlera, Goebbelsa i Himmlera? Owszem. Ale dziękuję Bogu za Goethego, Schillera, Beethóvena i jeszcze kilku, których mógłbym wymienić. - Bardzo cię lubię, Martinie Hare. - Uniosła się na palcach i pocałowała go w policzek. Uśmiechnął się ciepło. - Oby tak dalej. Dziewczyno, jestem od ciebie o ćwierć wieku starszy, ale mógłbym ci jeszcze dać powód do zmartwień. - Obiecanki cacanki - odparła. - Tylko tyle mi się dostaje., - Nieprawda. Dostaje ci się także lunch. - Wziął ją za rękę i poprowadził po trapie na stały ląd. Niemal wszyscy zebrali się „Pod Wisielcem". Cała załoga Liii Marlene", Craig, a nawet Joe Edge przy końcu baru, próbujący wesołą rozmową rozbawić towarzystwo. Julie wynosiła z kuchni gorące komwalijskie paszteciki, które Schmidt podawał pozostałym, jak zwykle tryskając doskonałym humorem. Przyniósł trzy sztuki dla Genevieve, Hare'a i Craiga, zajmujących stół przy oknie. - Nie są koszerne, ale pachną przepysznie - powiedział. Craig był już trochę weselszy. Razem z Hare'em opowiadali sobie kawały, popijając piwem paszteciki, podczas gdy Genevieve zapaliła kolejnego gitane'a. Wstydziła się to przyznać, ale zaczynały jej naprawdę smakować. - Przepraszam was na moment - odezwał się Craig. Muszę chwilkę porozmawiać z Julie.Przeszedł za bar i zniknął w kuchni. Hare z przyjemnością smakował jedzenie. Genevieve widziała, jak obserwują ją bacznie błyszczące oczy stojącego przy barze Edge'a. Poczuła się trochę nieswojo. - Te paszteciki są fantastyczne - powiedział Hare. - Chyba poproszę o jeszcze jednego - dodał wstając z miejsca. - A ja wybiorę się na krótki spacer. Chcę odetchnąć świeżym powietrzem. Wyszła czując podążające za nią spojrzenie Edge'a. Ogarnęła ją złość, bo czuła, że to jego obecność zmusiła ją do wyjścia. Idąc z pochyloną do przodu głową przyspieszyła kroku i skierowała się na ścieżkę między drzewami w kierunku cypla. Po chwili w drzwiach pubu pojawił się Edge i na skróty ruszył biegiem za nią. Siedzący przy oknie Martin Hare wziął właśnie od Schmidta kolejną porcję, gdy wtem zauważył znikającą między drzewami Genevieve i podążającego za nią Edge'a. Odłożył jedzenie i wstał. - Chyba zostawię to na później.. Wszystko, wygrasz, a ktoś inny, nawet jeśli postawi czterysta. Rewelacyjnych danych owej „historii" niepodobna.. Nia.. Mnie za zboczeńca i degenerata.. - Mamo? - szepnął. - Tato? Lecz oni tylko patrzyli na niego, uśmiechając się smutno. Powiódł wzrokiem po twarzach innych ludzi w zwierciadle i ujrzał inne pary takich samych zielonych oczu, inne nosy, tak podobne do jego nosa, a jeden staruszek miał nawet takie same jak on kościste kolana. Patrzył na swoją rodzinę, patrzył na nią po raz pierwszy w życiu. Potterowie uśmiechali się i machali do niego rękami, a Harry pochłaniał ich wzrokiem, przyciskając dłonie do lustra, jakby miał nadzieję, że przeniknie przez zimne szkło i znajdzie się między nimi. A w sercu czuł przedziwną mieszaninę radości i dojmującego smutku. Nie wiedział, jak długo tam stał. Odbicia nie bladły, a on patrzył na nie i patrzył, aż gdzieś z daleka dobiegł go jakiś hałas, który pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Oderwał oczy od twarzy matki, szepnął: "Wrócę" i wybiegł z pokoju.. - Oui, mamselle. Gdy oddalił się, zapaliła papierosa i podeszła do okna, czując na sobie wrogie spojrzenie jego żony, ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia z wyjątkiem wykonania zadania. Z jednego ze składzików wynurzył się rollsroyce i podjechał do domku, żeby ją zabrać. Renę wysiadł, a ona otworzyła drzwi. Stał u podnóża schodów patrząc na nią beznamiętnie. Miał już na sobie uniform kierowcy. Bez słowa otworzył drzwiczki. Usiadła z tyłu. Nadszedł Dubois z walizkami, które umieścił w bagażniku, po czym zbliżył się do okna, gdy Renę zasiadał za kierownicą. - Proszę łaskawie przekazać wyrazy szacunku hrabinie, mamselle. Genevieve nie odpowiedziała, po prostu podniosła szybę i delikatnie stuknęła Renę w ramię. Kiedy opuszczali teren składu, dojrzała we wstecznym lusterku jego trochę wystraszone oczy. „Teraz dopiero się zacznie", pomyślała. Ogarnięta narastającym podnieceniem oparła się wygodnie, wyjmując następnego papierosa. Z biegiem czasu krajobraz stawał się coraz bardziej znajomy. Zielone pola, las, góry po lewej stronie z ośnieżonymi szczytami, złocista w świetle porannego słońca rzeka, płynąca przez dolinę. Pasterz w krótkim kożuchu pędził na pobliskie wzniesienie swoje stado. - Wzgórza dzieciństwa, Renę. Nic się nie zmienia..